ENGLISH
Home O nas Kontakt Prawo Linki Galeria Publicystyka Historia Pobierz Rss KOMITET WYBORCZY PARTIA ZIELONI 2018/02/25
Partia Zielonych 2004
wesprzyj naszaangażuj się
MENU
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Aby założyć konto, wypełnij e-deklarację członka/członkini lub sympatyka/sympatyczki.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Home « Publicystyka i Media « Warto przeczytać « Magdalena Mosiewicz: To jest polityka w najgłębszym sensie...
Przez wiele lat działałaś w polskim ruchu ekologicznym, obecnie należysz do partii Zieloni 2004. Jakie przypominasz sobie największe akcje i sukcesy polskich ekologów? Chyba najbardziej znaną akcją ekologów była obrona Rospudy?

To ostatnia akcja, dobrze nagłośniona przez media i przez to dobrze zapadła ludziom w pamięć. Bardzo znaczące było zablokowanie budowy elektrowni atomowej w Żarnowcu w 1990 roku. Wtedy ekologom pomógł strach przed kolejnym Czarnobylem i sytuacja gospodarcza. Okazało się, że inwestycja była całkowicie nieopłacalna. Uniknęliśmy przestarzałej, niebezpiecznej elektrowni i składowiska odpadów. Ale dużo jest lokalnych, trwających latami kampanii, jak walka o prawdziwą obwodnicę Warszawy. W planach była obwodnica właściwa, czyli poza miastem i obwodnica centrum. Potem została tylko obwodnica centrum, co oznacza skierowanie na osiedla monstrualnego ruchu, także tranzytowego. Dlaczego? To jest zadanie dla dziennikarza śledczego, ale wygląda na to, że tereny pod obwodnicę pozamiejską zostały sprzedane i zabudowane, choć nie powinny. To półwygrana, bo droga pójdzie przez Ursynów w tunelu i półprzegrana, bo nie będzie prawdziwej obwodnicy i na innych osiedlach będą piętrowe estakady. Miasto Warszawa dało swoim mieszkańcom jasny przekaz: chcesz mieć czyste powietrze, to zarabiaj i przeprowadź się do lepszej dzielnicy. Nie stać cię, to mieszkasz w blokach w oparach spalin, które przekierujemy pod twoje okna ze śródmieścia.

Pamiętam ten protest. Łączyliście się z berlińskimi Zielonymi przez wideo-instalację w metrze warszawskim, trzymając transparenty „Obwodnica nie przez miasto”.

W proteście wziął udział sam autor instalacji. To było zwieńczenie tej akcji.

A jak wyglądał początek?

Zaczęło od punktowych protestów mieszkańców, przez których osiedla chciano poprowadzić obwodnicę. Był to typowe przesuwanie problemu za miedzę. Potem na szczęście udało się zjednoczyć wszystkie dzielnice w Koalicji na Rzecz Obwodnicy Pozamiejskiej , żeby nie przesuwać trefnej trasy do sąsiadów. Lokalne stowarzyszenia, mieszkańcy, Zieloni protestowali razem na radach miasta. Jedna Masa Krytyczna odbyła się pod hasłem „Obwodnica poza miasto!”. Ale główna kampania toczyła się w sądach. Większość walk to wysyłanie pism do różnych urzędów.

W sprawie Rospudy nie skończyło się na pismach.


Bo ówczesna władza zignorowała obowiązujące prawo. Dolina Rospudy była objęta programem Natura 2000. Mimo to zdecydowano, że buldożery wjadą na tereny chronione. Dlatego postało miasteczko namiotowe i stanowiska do spania na drzewach.

Natomiast bez żadnych demonstracji odbyło się zablokowanie remontu wiaduktu na warszawski Żoliborz. Budowa stanęła, bo plan uwzględniał tylko komfort kierowców, a utrudniał życie i pieszym, i rowerzystom, wszystkim ludziom, którzy muszą tam przejść od tramwaju do metra, od metra do pociągu. Zielone Mazowsze oprotestowało to obiegiem papierów, fachowo wskazując, gdzie złamano przepisy.

Miasto Warszawa wyciągnęło wnioski z tego protestu. Wcześniej zgodnie z unijnymi wytycznymi prowadzili konsultacje społeczne po stworzeniu projektu. Taki projekt wymaga dużego nakładu pracy i środków, tak więc te konsultacje to raczej rytuał. Nawet, jak przychodzą sensowne uwagi, to już jest trochę za późno. Zazwyczaj z powodu oszczędności się takie uwagi ignoruje.

Po tym jak remont wiaduktu wstrzymano i trzeba było postawić wiadukt saperski, miasto postanowiło przeprowadzać konsultacje jeszcze przed stworzeniem projektu. To największy i w sumie chyba nieplanowany sukces tej akcji.

Czego potrzeba, by protest zakończył się sukcesem?

Takie protesty wymagają profesjonalizmu od organizacji czy pojedynczych osób, które biorą w tym udział. Trzeba dokładnie wiedzieć, czego się chce, zanim zobaczy się te plany. Trzeba znać przepisy. Można zablokować szkodliwą inwestycję, wytykając w piśmie, że normy hałasu wynoszą tyle i tyle, a w projekcie nie przewidziano ekranów dźwiękoszczelnych. Trzeba mieć niewiarygodną cierpliwość. Słać wnioski, jak odrzucą wnioski, słać skargi, czekać aż sąd ukara urząd za nieuwzględnienie wniosków... a w międzyczasie znosić opinię wariata albo poważniejsze pogróżki.

Chyba najtrudniej mają obrońcy zwierząt w małych miejscowościach, którzy narazili się myśliwym. Takie osoby – przeważnie są to kobiety – są zastraszane gangsterskimi metodami.

Mówimy na razie o samych protestach. Czy ruchy ekologiczne to tylko ruchy protestu?

Oczywiście, że nie. Parateatralne happeningi czy blokady to najgłośniejsze sprawy, najciekawsze dla mediów. Ale sukcesy ekologów nie ograniczają się powstrzymywania szkodliwych inwestycji. Za wielki sukces uznaję na przykład to, że tysiąc gospodarstw w Mszanie Dolnej ogrzewanych jest dzięki energii słonecznej. Wójt zaczął od budynków publicznych, potem przekonał mieszkańców, zdobył dopłaty z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, trochę dołożyła gmina, trochę właściciele domów.

To brzmi, jakbyśmy dotarli już do końca polityki w kwestiach ekologicznych, zostały nam tylko spory proceduralne i dobre wykorzystanie przyznanych środków.


Tak nie jest. Polskie prawo chroni rezerwaty przyrody, wyznacza normy hałasu, ale nie chroni już tkanki miejskiej. W wielu miastach, np. w Gliwicach, toczą się batalie o trasy dróg, które mogą zniszczyć życie społeczne, rozcinając tradycyjne dzielnice. W Gliwicach jest silna grupa, która ostatnio zrobiła piękny happening – pogrzeb tramwaju. Doprowadzili też do referendum, w którym chcieli odwołać prezydenta miasta, który zamknął połączenia tramwajowe. Niestety, do głosowania poszło 11% mieszkańców. Na marginesie tylko wspomnę, że kiedy w Polsce likwiduje się tramwaje, Paryż buduje nowe linie od zera.

Kolejny przykład: największą akcją ekologiczną po Rospudzie – i polityczną w najlepszym sensie tego słowa - są lokalne referenda. Sześć gmin zachodniej Polski, które w referendach zablokowały budowę odkrywkowych kopalni węgla brunatnego na swoim terenie, to jest dzisiaj kwiat polskiej ekologii i zrównoważonego rozwoju. Mieszkańcy demokratycznie zdecydowali, że wolą być biedniejsi (w najprymitywniejszym sensie tego słowa), ale nie dewastować otoczenia. Swoją drogą, to ciekawe, że przeszło to zupełnie bez echa. Może te fakty nie pasują do dziennikarskiego schematu o ciemnym ludzie?

Do tego dochodzą jeszcze wybory konsumenckie. Pamiętam, jak jeszcze w głębokich latach 90-tych w każdym sklepie musiałam tłumaczyć się z tego, że nie chcę plastikowej torebki na zakupy. Ludzie patrzyli się na mnie jak na wariatkę. Dziś, po piętnastu latach, wprowadza się drobne opłaty za torebki plastikowe. I nie chodzi o to, żeby konsumenci mogą sobie po prostu wybrać produkty ekologiczne spośród nieekologicznych, ale o to, by te szkodliwe po prostu zniknęły. Jeszcze dużo przed nami.

Wszystkie podobne sprawy, nawet na poziomie wspólnoty mieszkaniowej, zaczynają się od pojedynczych wariatów, którzy mają swoją idée fixe i biją się o te termostaty, ocieplenie budynku czy segregację śmieci. Najśmieszniejsze jest to, że bardzo często po jakimś czasie nawet przeciwnicy tych rozwiązań mówią o nich, jakby obowiązywały od zawsze, i są z nich dumni. Tak było ze ścieżkami rowerowymi. Gdy 15 lat temu mieszkałam jeszcze w Krakowie, znałam wszystkich, którzy wybierali rower jako główny środek transportu – tak nas było mało. Gdyby coraz więcej ludzi nie narażało się na jezdniach i nie jeździło przez te wszystkie lata, nie protestowało co miesiąć w masach krytycznych, nie zakładało organizacji, to nie mielibyśmy żadnych ścieżek rowerowych. To jest polityka w najgłębszym sensie – kształtowanie wspólnej przestrzeni.

Mówiłaś, że protesty wymagają dużej, profesjonalnej wiedzy. Czy w takim razie protest nie jest zarezerwowany tylko dla wąskiej grupy profesjonalistów, a tak zwanym zwykłym ludziom został tylko „zielony lifestyle”?

Zwykły człowiek może przyłączyć się do stowarzyszeń, które działają profesjonalnie. Nie każdego pasjonują procesy sądowe, ale może robić stronę internetową, gazetę, zdjęcia, organizować spotkania, kontaktować się z mediami. Jak ktoś woli akcje bezpośrednie, może zostać ochotnikiem w Greenpeace. Ale wiele lokalnych grup uczy się wszystkiego od podstaw, a ci doświadczeni organizują szkolenia. Pytanie raczej brzmi: ile zwykły człowiek może zdziałać w pojedynkę? Słowo „life style” chyba jest niefortunne, kojarzy się z kaprysem znudzonego dandysa. Jak rodzina pali w piecu śmieciami to nie jest „life style”, lecz praktyki życia codziennego, bardzo szkodliwe dla jej zdrowia. Zwykły człowiek swym codziennym zachowaniem ma wpływ na redukcję odpadów, spalin, poziom wód gruntowych itd. Ma wpływ przez wybory konsumenckie, od środków transportu po jajka w sklepie, na to, co i jak się produkuje, tworzy, w co się inwestuje. Trudno ogólnie odpowiedzieć, przed jakimi stoimy wyborami. Jedni przed wyborem, czy lecieć na wakacje na Bali, czy jechać na Kaszuby, inni czy kupić piwo w butelce, którą można zwrócić. Ale jest generalna zasada: wybierać to, co szkodzi nam wszystkim jak najmniej.

Powiedziałaś o wyborach konsumenckich. Zawsze obawiam się takich sformułowań, bo często służą uzasadnieniu tezy, że rynek załatwi wszystko.

Chodziło mi o wskazanie jednej z możliwości politycznego nacisku. A jeśli chodzi o wiarę w rynek, to jest to w Polsce poważny problem. Po '89 roku, jako społeczeństwo z traumą po socjalizmie uwierzyliśmy w rynek jako panaceum. Do tego stopnia, że jakikolwiek konflikt ideologiczny wokół tego został wyeliminowany. Ostatnio Michał Boni opowiedział anegdotkę z obrad Rady Ministrów. Boni zaproponował na posiedzeniu rządu, by z powodu kryzysu i spadku inwestycji prywatnych, rząd zainwestował w transport publiczny i w ten sposób rozruszał gospodarkę. Na co minister finansów odpowiedział, że jeżeli rynek nie reguluje kwestii transportu publicznego, to nie należy się w to wtrącać. Rząd się z tym zgodził, a Boni nawet nie wstydzi się opowiadać tego publicznie. To tylko jeden przykład, ale niestety myślenie w kategoriach zysków i strat, bez uwzględniania ludzi i środowiska, w którym żyją, jest u nas powszechne.

Usługi publiczne, a do nich z pewnością należy publiczny transport zbiorowy, nie mają się opłacać, tylko mają być dostępne dla wszystkich.


I są ważnym narzędziem w polityce ekologicznej. Związek usług publicznych z ochroną środowiska (i zdrowia obywateli) dobrze widać na przykładzie państw slabych, niestabilnych choćby Albanii. W takim mieście jak Tirana, które rozrosło się na dziko od czasu upadku systemu komunistycznego, sprywatyzowano komunikację miejską. Miasto było biedne, rynek miał rozwiązać problem. Efekt jest taki, że ludzie stoją w korkach, w oparach spalin z dwudziestoletnich samochodów, bo na inne ich nie stać. A autobusy jeżdżą tylko tam, gdzie się opłaca i ruszają tylko wtedy, gdy są pełne. Ci, których nie stać na samochód, a jest ich niemało, przemierzają piechotą kilometry w tym upale, w smogu, albo nie ruszają się z domu. Osoby starsze czy niepełnosprawne są kompletnie odcięte od świata. Zamknięto też małe, osiedlowe instytucje kulturalne, bo się nie opłacały, zostały tylko bary, jako oferta dla młodych ludzi. I to nawet nie wynikało z cynizmu, tylko z wiary, że rynek naprawdę to wyreguluje, że wszytko będzie lepiej działało.

I to jest pochodna takiego rozumowania, jak u Rostowskiego, czyli traktowania usług publicznych, ochrony środowiska, podobnie zresztą jak ochrony zdrowia, kultury czy edukacji, jako kosztów, a nie inwestycji.

Mam wrażenie, że neoliberalny dyskurs na tyle zwolnił ludzi od myślenia, że nie mamy w Polsce nawet zarysów wizji polityki ekologicznej. Ścieżki rowerowe, Natura 2000 to wszystko niby jest, ale jako rozwiązania punktowe i doraźne.

Niestety to prawda. Zadziwiające jest to, że w takiej Wielkiej Brytanii minister spraw zagranicznych sprawą priorytetową uczynił zapobieganie zmianom klimatycznym. Tam wszyscy o tym słyszą, mówią i się tym przejmują. A u nas...

...zostawia się to pozarządowym freakom, którzy siłą rzeczy są skazani na poszukiwanie sojuszy, jeśli chcą, aby ich działania odniosły jakiś skutek. Bo a to kampanię informacyjną trzeba nagłośnić, a to potrzebne są pieniądze na sprzęt, choćby worki na akcję „Sprzątanie świata”. W takich wypadkach zawsze pojawia się problem, z kim można współpracować, a z kim nie.

Najlepiej jest oczywiście współpracować z samorządami bądź innymi organami władz publicznych. Po pierwsze, władza publiczna z definicji służy mieszkańcom, a nie zyskowi akcjonariuszy bądź właściciela, jak korporacje; po drugie, dzięki temu ma się największy wpływ na politykę na poziomie lokalnym lub krajowym.

Powinno się wchodzić do samorządów, rządu, rad miasta, bo to tam się podejmuje decyzje , choć na pewno wiążą się z tym różne kompromisy. Nie jest tak łatwo, jak po drugiej stronie barykady, po stronie ruchów protestu, gdzie można mieć sto procent racji, ale mały wpływ. Tutaj masz więcej wpływu, ale zawsze trzeba zapłacić za to jakąś cenę.

Sojusze z firmami są dla mnie dopuszczalne. Zieloni 2004 zrobili akcję razem z PKP w pierwszą rocznicę wejścia w życie Protokołu z Kioto. Na całym Dworcu Centralnym podawano przez megafony, że jest to pierwsza rocznica protokołu z Kioto, że kolej jest ekologiczny środkiem transportu. W holu dworca odbyła się konferencja, która przybrała formę otwartego mikrofonu: pasażerowie, którzy akurat byli w holu głównym, mogli zabrać głos. I wielu z tego skorzystało. Na stronie PKP był baner informujący o akcji i rocznicy. Dla mnie była to zapowiedź współpracy, bo mieliśmy tu wspólny interes, ale niestety dyrektor PKP Intercity i Dworca Centralnego wkrótce po tej akcji został zwolniony. Podobną akcję zorganizowaliśmy w Szczecinie. Razem z PKP ustawiliśmy stoły na środku dworca, tłumaczyliśmy, dlaczego warto jeździć koleją, zaprosiliśmy ważnych ludzi. To była część kampanii polskich i niemieckich zielonych na rzecz kolejowego ruchu transgranicznego.

Z PKP sytuacja jest jasna, w każdym razie ja z nimi nie mam problemu...

Ja mam. To jest feudalna instytucja, bardzo nieelastyczna, która nie jest w stanie absorbować funduszy unijnych i zamiast się rozwijać...

...likwiduje połączenia i działa jak przedsiębiorstwo nastawione na zysk. To wszystko prawda. Ale przynajmniej w samych założeniach transport kolejowy jest słusznym pomysłem i dobrym rozwiązaniem. Sytuacja jasna jest też chyba z Tesco czy innym Shellem. A co z firmami, które nie mają tak jednoznacznie złego wizerunku? Gdzie jest ta granica?

To jest poważne i trudne pytanie. Najlepiej oczywiście współpracować z władzami, czy to na szczeblu lokalnym, czy centralnym, czy europejskim i korzystać z funduszy unijnych lub z funduszy Ministerstwa Środowiska. Ale to czasem uzależnia politycznie. Poza tym pozostaje problem tego, czy państwowe bądź unijne pieniądze są faktycznie „czyste”. Bo skąd one pochodzą? Z podatków, a te płacą m.in. wyzyskujące pracowników Biedronka i Tesco, firmy zbrojeniowe, czy takie, które postulaty ekologiczne mają w głębokim poważaniu. Jestem za jak najszerszym wykorzystywaniem środków państwowych bądź unijnych, chcę tylko podkreslić, że nigdy sprawa nie jest jednoznaczna.

Greenwashing, czyli „wyzielenianie” przez firmy swojego wizerunku poprzez finansowanie mniej lub bardziej ekologicznych przedsięwzięć jest coraz częstszym zjawiskiem. I robią to firmy, które mają swoje na sumieniu. Można sprawdzić, czy mamy do czynienia z instytucją poważnie traktującą problemy ekologiczne, czy tylko próbującą nieco wyzielenić swój wizerunek. Zdaniem niektórych ideałem byłby całkowity brak współpracy z biznesem, ale po pierwsze to nie bardzo jest możliwe, a po drugie to jakiś dogmat, że każdy biznes jest zły. Na zachodzie Europy istnieją banki, które inwestują jedynie w zielony, etyczny przemysł. Cały sektor odnawialnych energii wspiera ruchy ekologiczne, a nawet partie zielonych w krajach, w których jest to dopuszczalnie prawnie. W interesie biznesu leży to, żeby ruchy ekologiczne były silniejsze, a w gruncie rzeczy w interesie ruchu ekologicznego jest to, żeby akurat ten sektor rósł.

Czy zieloni i ruchy ekologiczne są tym samym?

Organizacje ekologiczne zajmują się stricte środowiskowymi problemami, a zielone ruchy polityczne uważają, że bez wolności, bez demokracji, bez prawa do informacji, bez równości i sprawiedliwości, nie będzie ochrony środowiska, a jak będzie, to wyrywkowo, dla niektórych. Cieszę się, że w Szanghaju wprowadzono system rowerów miejskich, ale to za mało, by chwalić rząd chiński, który torturuje, łamie prawa człowieka, ogranicza wolność słowa i dostęp do informacji, skazuje na śmierć.

Ale niektóre partie zielonych wydają się robić coś wręcz przeciwnego, skupiają się tylko na postulatach środowiskowych i wchodzą w sojusze z ugrupowaniami prawicowymi.

Na przykład w Czechach.

Szef partii, były wicepremier i minister środowiska był przede wszystkim skoncentrowany na ekologii i na przykład nie widział problemu z instalacją tarczy antyrakietowej w Czechach. Dla niego ważne było to, że częścią układu koalicyjnego jest weto dla rozwoju energii jądrowej, że wprowadza się systemowe ograniczenia ruchu ciężarówek, itd. Dlatego był gotowy być w rządzie, który wbrew większości społeczeństwa poparł amerykańskie bazy wojskowe w Czechach. Ale mieli też ministerstwo edukacji i urząd ds. dyskryminacji z osobą w randze ministra. Zrobili dużo pożytecznych rzeczy. Jednak sprawa baz amerykańskich i inne niespójności ideowe doprowadziły tę partię do rozpadu na trzy mniejsze. Dla ludzi z Zachodu – i dla polskich Zielonych również – ich stosunek do tzw. tarczy był nie do pojęcia. Jak choćby część Partii Zielonych mogła bezwarunkowo poprzeć amerykańskich neokonserwatystów i militarystow? Przecież to jest sprzeczne z lewicową, zieloną wrażliwością!

Na Zachodzie zieloni wyrośli z lewicowych ruchów protestu.

Tak. Na Zachodzie narodziny ruchu ekologicznego zbiegły się ze wyzwalaniem kolonii, powstaniem ruchów kobiecych i mniejszości seksualnych. Wszystkie one miały ten sam pień, podważały porządek świata oparty na dominacji białego bogatego macho z całym militaryzmem, arogancją, kultem siły i pieniądza.

Zieloni kontynuowali i radykalizowali postulaty starych ruchów lewicowych. Część osób, które są na Zachodzie w zielonych, albo same były w ruchach socjalistycznych lub komunistycznych, albo należeli do nich ich rodzice. Zauważali, że te organizacje, które walczą o obronę robotników, ignorują kobiety we własnej organizacji; myśląc o rozwoju przemysłu, który da ludziom pracę, tracą z oczu to, co się dzieje ze środowiskiem wokół i jak to później uderzy w ludzi. To zresztą jest bardzo ciekawe, jak oni mówią o swoich korzeniach: moi dziadkowie walczyli w Hiszpanii, moi rodzice byli socjalistami, a my jesteśmy zielonymi. Zazdroszczę im takiej świadomości swojej historii.

W Europie lat 60. i 70. XX wieku pojawiły się nowe wyzwania: np. to już nie głód był problemem, ale nadmiar tłuszczów i cukrów w najtańszym jedzeniu. Nie chodziło już o wyzysk, jak w XIX wieku, przynajmniej nie na taką skalę. Teraz problemem większości Europejczyków jest to, jak nie eksportować wyzysku tam, gdzie z różnych względów jest on możliwy. Cały czas sprawiedliwość jest w centrum uwagi. Bogatych ludzi stać na wodę z butelek, na mieszkanie w lepszej dzielnicy, bardziej zielonej. Jeśli myślimy o równości, to uwzględniamy również prawo do czystej wody, czystego powietrza, a nie tylko do dobrych warunkow pracy. Nie da się tego oddzielić, wyjąć jednego elementu, dlatego nie będzie ochrony środowiska bez edukacji, redystrybucji czy prawa do informacji.

Czescy zieloni polegli w wyborach, bo odeszli od zielonej wrażliwości. Podobnie skończyli irlandzcy zieloni. Weszli w prawicową koalicję i zapłacili za to wysoką cenę. Czy twoim zdaniem podobnie mogą skończyć ekolodzy i organizacje stricte ekologiczne, jeśli będą wchodzić w układy z byle kim, byle tylko być skutecznym?

Ale np. fińscy Zieloni są w rządzie razem z prawicą, bardzo dużo udało im się osiągnąć, poparcie im rośnie. W Hamburgu Zieloni rządzą w koalicji z CDU, mówią, że dużo więcej załatwili niż z SPD, wyborcy to widzą i popierają – a może raczej: godzą się, z goryczą, ale się godzą. Oczywiście hamburskie CDU to nie jest typowe CDU, a fińska prawica to na polskie standardy lewica, bo wprowadza prawo do adopcji dla homoseksualistów i dochód gwarantowany.

Przyznam, że wolę skuteczność od czystości ideowej. Tylko że tu też trzeba pamiętać o pewnej zasadzie. Warto zawierać koalicje, jeśli wiadomo, że partnerom - choćby tylko wycinkowo - zależy na podobnych sprawach. Nie zgadzam się z programem PiS, oni nie zgadzają się z programem Zielonych, ale żeby bronić rolnictwa przed koncernem Monsanto, jestem gotowa działać razem. Ostatnio ktoś z Zielonych został nawet zaproszony do telewizji Trwam w sprawie GMO.

Niestety często koalicje zawierane są, bo potrzeba paru głosów, a nie z powodu minimalnej wspólnoty celów. Jeśli w danym kraju jest przyzwolenie na niedotrzymywanie umów, to Zieloni, jako partner mniejszościowy, są na przegranej pozycji.

Jeśli chodzi o NGO-sy, to organizacje pozarządowe współpracują z każdą władzą, co nie oznacza automatycznej utraty niezależności. Te same osoby w jednych sprawach współpracują, w innych skarżą władzę w sądzie. Niestety, degradacja środowiska i zmiany klimatu postępują z każdym dniem i za kilkanaście lat możemy już sobie z nimi nie poradzić. Ekologów nie stać na luksus czekania na fajnych partnerów, na zmianę postaw społecznych, na następne, wyedukowane pokolenie. Ale kiedy już widać, że niewiele można osiągnąć, trzeba wyjść z hukiem. Czescy Zieloni powinni byli wyjść z rządu.

Jest jakaś różnica między zachodnioeuropejskimi a wschodnioeuropejskimi zielonymi?

Różnica między Wschodem a Zachodem jest przede wszystkim taka, że Wschód ma potężną traumę, jeśli chodzi o lewicę, nawet na słowo socjalny reaguje się tu podejrzliwie. Tylko polscy zieloni i słoweńska Partia Młodej Słowenii mówią o lewicowym programie. Ale prawda też jest taka, że Słoweńcy nie wyrośli z organizacji ekologicznych. Czesi, Słowacy poparli podatek liniowy, co jest zaprzeczeniem myślenia wspólnotowego.

Z kolei np. we Francji zieloni są bardzo antyrynkowi. Mam wrażenie, że w Polsce w ogóle nie rozmawia się o czymś takim, jak produktywizm. My ciągle uważamy, że powinniśmy produkować jeszcze więcej. Nikt nie kwestionuje całej tej koncepcji, ile można jeszcze wyprodukować, ile można jeszcze sprzedać i ile można potem jeszcze wyrzucić, żeby nowe wyprodukować. W ogóle się tu o tym nie myśli. Natomiast francuskie ruchy ekologiczne są bardzo skoncentrowane na ograniczeniu aktywności rynku. Dla nich gospodarka powinna ograniczyć ekspansję. Należy produkować jak najmniej, zużywać jak najmniej, no i w związku z tym sprzedawać jak najmniej. Tam to jest mainstreamowe myślenie. Niemieccy Zieloni są bardzo zróźnicowani, jest wśród nich i szef wielkiej centrali związkowej i ludzie z biznesu. Ostatnio bardziej im chyba zależy na współpracy z elitą gospodarczą, dlatego, że – jak mówią – czasu nie ma, klimat się zmienia, a to kręgi gospodarcze mogą najszybciej coś zdziałać.

Jakie widzisz wyzwania dla polskiego ruchu ekologicznego i dla polskich zielonych?

Najważniejsze i najpilniejsze wydają mi się problemy źródeł energii, transport i bezładny rozwój miast. Musimy odejść od węgla, a przede wszystkim musimy zacząć oszczędzać energię – przeprowadzić renowacje linii przesyłowych, ocieplać budynki, wymieniać ciężkie pociągi na szynobusy itd. Musimy mieć lepsze połączenia kolejowe i lepszą komunikację miejską. Musimy zadbać o „zwartość” miast, bez odległych przedmieść budowanych bez ładu i składu, pozbawionych kanalizacji, terenów zielonych, szkół, skąd wszyscy muszą dojeżdżać godzinami samochodem.

Wywiad jest częścią książki "Ekologia. Przewodnik Krytyki Politycznej".
Komentarze
89 dnia 2010/05/18
"Mam wrażenie, że w Polsce w ogóle nie rozmawia się o czymś takim, jak produktywizm. My ciągle uważamy, że powinniśmy produkować jeszcze więcej. Nikt nie kwestionuje całej tej koncepcji, ile można jeszcze wyprodukować, ile można jeszcze sprzedać i ile można potem jeszcze wyrzucić, żeby nowe wyprodukować. W ogóle się tu o tym nie myśli. Natomiast francuskie ruchy ekologiczne są bardzo skoncentrowane na ograniczeniu aktywności rynku. Dla nich gospodarka powinna ograniczyć ekspansję. Należy produkować jak najmniej, zużywać jak najmniej, no i w związku z tym sprzedawać jak najmniej. Tam to jest mainstreamowe myślenie."
No właśnie!!!!
(Naprawdę we Francji jest to mainstream???)
W ogóle - świetny, b. źródłowy (w sensie faktów) tekst. Dzięki.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Siedziba biura krajowego Partii Zieloni:
ul. Marszałkowska 1 lok. 160
00-624 Warszawa
e-mail: biuro@zieloni2004.pl

www.partiazielonych.pl | www.zieloni2004.pl
15,276,699 Unikalnych wizyt