Po ostatniej, dość niefortunnej wypowiedzi zastępcy prezydenta Bydgoszczy Macieja Grześkowiaka odnośnie niewykazywania na stronie Urzędu Miasta informacji o udziale bydgoskiej Lambdy w dorocznej paradzie gejów i lesbijek Christopher Street Day w Mannheim, mieście partnerskim grodu nad Brdą, brzmiącej: "Wolę promować Bydgoszcz przez coś mniej kontrowersyjnego", znów kolejny człowiek mający realny wpływ na życie bydgoszczan wywołał swymi słowami niemałą konsternację. Chodzi o wypowiedź dyrektora Zarządu Dróg Miejskich i Komunikacji Publicznej Jana Siudy odnośnie ścieżek rowerowych w naszym mieście. A właściwie ich braku: "Jeśli [rowerzyści] narzekają na tłok, to niech sobie kupią węższe rowery" (sic!) oraz: "Po co w ogóle jeździć rowerem wśród spalin, po ulicach, zamiast po terenach zielonych?". Ano, do pracy na przykład, jak ja to codziennie czynię, już to histerycznie uciekając przed tramwajem, już to nieoczekiwanie wpadając w wyrwę w chodniku, etc.
Niedawno wróciłam z podróży po Europie i chyba długo jeszcze będę miała w pamięci obraz ścieżek rowerowych we Wiedniu. Ich stan i sposób użytkowania świadczą o wysokiej świadomości ekologicznej Austriaków, jakiej my długo jeszcze nie osiągniemy, a już na pewno nie w Bydgoszczy, przy takim zarządzaniu infrastrukturą miejską. Po pierwsze: ścieżkami rowerowymi jest we Wiedniu poprzecinane całe centrum miasta. Po drugie: ścieżki są w świetnym stanie, bez dziur, pęknięć, gładziutkie, i nie urywają się ot, nagle, jak to często bywa u nas. Po trzecie: piesi wiedzą, że pas dla rowerów to pas dla rowerów, i nie włażą na niego. To wszystko razem wzięte sprawia, że rower to we Wiedniu jeden z podstawowych, a nie marginalnych, jak u nas, środków transportu. I co symptomatyczne dla tej sytuacji – po wyżej opisanych ścieżkach jeżdżą nie popularne u nas „górale”, a... „kolarzówki”. I, o zgrozo, na „kolarzówkach”, tych „typowo męskich” rowerach, pędzą tam też kobiety! Ale gender komunikacji miejskiej to już jakby zupełnie inna bajka...
W każdym razie, jak to z „kolarzówkami” bywa, ażeby spełniały w pełni funkcję, do jakiej zostały stworzone (megaszybka jazda), muszą mieć zapewnioną równą nawierzchnię i dużo miejsca, aby nabrać prędkości. We Wiedniu jest to możliwe! „Kolarzówki” śmigają tam wte i wewte. Tysiące „kolarzówek” naraz – coś takiego w Bydgoszczy widziałam tylko podczas przejazdu przez nasze miasto peletonu Tour de Pologne. U nas – co i rusz jakaś dziura, wyrwa albo pieszy na ścieżce rowerowej. Po miesiącu użytkowania „kolarzówka” trafiłaby najpewniej na szrot, a i mój „góral” musi być często centrowany…
Taka jest właśnie nasza „świadomość” ekologiczna. Zmieńmy ją! Ufam, że masowe przesiadanie się na rowery wymusi jakąś pozytywną zmianę na rządzących naszymi miastami. Gońmy Wiedeń! Na „kolarzówkach”!
EMILIA WALCZAK
|