| WESPRZYJ NAS |
|
 |
| Logowanie |
|
Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem? Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.
Zapomniane hasło? Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
|
|
| Home « Publicystyka i Media « Zieloni 2004 w mediach « Gazeta Wrocławska: Czerwony Józek i zielony Radek |
Link
Pierwszy - legenda Solidarności, zatwardziały lewicowiec, wielbiciel kubańskich cygaretek i wiecznych piór. Drugi - były wiceminister z Unii Wolności, ekolog i wegetarianin, który jednak z szacunku dla zapraszającego nie odmówi schabowego. Józef Pinior i Radosław Gawlik walczą o mandat eurodeputowanego ze wspólnej listy Centrolewicy. Pinior ją otwiera, Gawlik zamyka.
Począwszy od lat 80., ich życiorysy przeplatały się niczym sinusoidy. Kiedy Pinior w 1981 roku wyprowadza z banku słynne 80 mln zł podziemnej Solidarności, Radosław Gawlik kończy studia na Wydziale Eksploatacji i Ekonomii Transportu Wyższej Szkoły Transportu i Łączności w Żylinie, w byłej Czechosłowacji. Ale gdy osiem lat później nastaje wolna Polska, to Gawlik, a nie Pinior, znajduje się na liście wyborczej Komitetu Obywatelskiego do sejmu kontraktowego. Zdobywa mandat i nie oddaje go przez trzy kolejne kadencje. W tym czasie Józef Pinior na lata znika z życia publicznego. Sprzeciwia się obradom Okrągłego Stołu, a obserwując podział Solidarności, uznaje, że przegrał. Z polityką nie chce mieć nic wspólnego. Dostaje propozycję startu w wyborach, ale odmawia. W latach 90. kontestuje nową rzeczywistość, wiążąc się z marginalnymi partiami lewicowymi. Do polityki wraca triumfalnie w roku 2004, zdobywając mandat eurodeputowanego z listy Socjaldemokracji Polskiej. Wtedy na aucie sceny politycznej jest już Gawlik, bo działalność w partii Zielonych to raczej hobby niż poważna polityka. Dziś Pinior walczy o drugą kadencję w europarlamencie; Gawlik start w wyborach traktuje bardziej jako okazję do promocji swojego ugrupowania. Pierwszy w sukces bardzo wierzy, drugi nie ukrywa, że robi to, by wspomóc kolegów.
Załogant z Solidarności
1 maja 1991 roku na wrocławskim Rynku, nieprzywykłym jeszcze do tłumów, zbiera się demonstracja. W dwa lata po przełomie młodzi ludzie nie walczą już jednak z komuną. Pod pręgierzem zbierają się antyfaszyści z Anty Nazi Frontu, organizacji powstałej w odpowiedzi na rozkwit subkultury skrajnie prawicowych skinheadów. Z tłumu punków w skórach i glanach wyróżnia się drobna postać - na oko urzędnik średniego szczebla: szczupły, lekko przygarbiony, kraciasta marynarka, na nosie rogowe oprawki okularów. W ręku czerwona flaga.
- Woody Allen? - śmieją się młodsi punkowcy.
To Józef Pinior, legenda podziemnej Solidarności. Choć u wielu niezorientowanych załogantów wzbudza uśmieszki politowania, tego dnia Pinior jest wśród swoich.
- Był jednym z nas, zaangażował się w naszą działalność od samego początku - wspomina Arek Bagiński, współtwórca ANF-u. - Do dziś niewiele osób wie, że konspiracyjny lokal na Pilczycach, w którym odbywały się nasze spotkania, załatwił właśnie Józek. Wzbudzał szacunek, ale i zdziwienie. Oto człowiek, który ze swoim nazwiskiem i biografią mógł spokojnie robić karierę polityczną, opiekuje się zapaleńcami chcącymi walczyć z faszyzmem na wrocławskich ulicach.
Pinior na spotkaniach ANF-u pojawia się regularnie. Choć część działalności Frontu w tamtych latach to również walka wręcz ze skinheadami, on podejmuje się roli pozytywistycznej. Wykłada młodym ludziom o zgubności systemów totalitarnych, początkach faszyzmu i o jego wpływie na losy Europy.
- Kazałem im czytać klasyków - wspomina. - Mówiłem: "Chcesz się lać ze skinami? OK, ale maturę i studia i tak musisz zrobić".
Wolność, pokój, ekologia
W maju 1991 roku Radosław Gawlik jest posłem X kadencji sejmu. Wybrany jako bezpartyjny z poparcia Komitetu Obywatelskiego, zostaje członkiem klubu Unii Demokratycznej. W parlamencie znalazł się dość przypadkowo.
Rafał Dutkiewicz, w 1989 roku sekretarz Komitetu Obywatelskiego, dziś prezydent Wrocławia: - Cztery miejsca do sejmu kontraktowego z Wrocławia podzieliliśmy według klucza: jedno dla rolników indywidualnych, jedno dla związkowca, jedno dla Basi Labudy i jedno dla przedstawiciela ruchu Wolność i Pokój (WiP). To ostatnie przeznaczone było dla Leszka Budrewicza, który jednak odmówił i wskazał właśnie Radka.
W kampanii wyborczej Gawlik reklamował się zdjęciem z Lechem Wałęsą. Musiał wygrać i, mimo że przyszło mu walczyć w części zamieszkałej głównie przez wojskowych, wygrał zdecydowanie - nawet w jednostkach wojskowych.
W WiP Gawlik, młody nauczyciel matematyki dorabiający jako robotnik wysokościowy, też znalazł się dzięki Budrewiczowi.
Wspomina: - W 1986 roku moja żona Anna brała udział w głodówce w Podkowie Leśnej przeciwko uwięzieniu Jacka Czaputowicza i Piotra Niemczyka. Jakoś po tym Leszek przyszedł i zapytał mnie, czy bym się nie zajął ekologią w WiP. Na pierwszą Solidarność trochę się spóźniłem, więc doganiałem swój czas.
Działa sporo, więc dogania szybko. Wyrasta na jednego z najbardziej zaangażowanych WiP-owców. Zajmuje się głównie ekologią. Jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje. Organizuje protesty, z których do historii przechodzi ten w sprawie trującej Wrocław Huty Siechnice. Ma przemawiać na Świdnickiej do demonstrantów, ale facet, który miał przynieść megafon, nie przychodzi. Chwyta więc za lejek do benzyny i daje sygnał do wymarszu.
W roku 1987 włącza się w Solidarność. Publikuje w prasie podziemnej. We Wrocławiu doprowadza do tego, że do ocieplania bloków zaprzestaje się używania azbestu. W 1989 roku uczestniczy w obradach Okrągłego Stołu w podstoliku ds. ekologii.
Marek Krukowski z WiP: - Dołączył do nas nieco później, ale potem wspólnych akcji było sporo. Razem z Radkiem i Piotrem Ikonowiczem wdrapywaliśmy się na rusztowania na pl. Kościuszki, domagając się uwolnienia więźniów politycznych, z kolegami z Czechosłowacji protestowaliśmy przeciwko budowie hotelu w Karkonoszach, w Warszawie braliśmy udział w sittingu pod Domem Handlowym "Centrum", żądając uwolnienia naszych kolegów. Pod koniec lat 80. Radek zaangażował się w Solidarność, co było zresztą polem pewnego konfliktu między związkiem i WiP. Kiedy w 1988 roku zamknęli go na trzy tygodnie, nikt z Solidarności nie chciał wpłacić za niego grzywny, a miał wtedy trudną sytuację i żonę w ciąży z trzecim dzieckiem.
Dr Watson w randze pułkownika
Niski, szczupły, wciąż w takich samych okularach, Józef Pinior przywodzi na myśl bardziej mola książkowego niż weterana walk o wolność, wielokrotnie zatrzymywanego, skazywanego i więzionego za działalność antypaństwową. Wielbiciel dobrego - wyłącznie czerwonego! - wina, kubańskich cygaretek sprowadzanych ze Stanów Zjednoczonych od tego samego dostawcy, który zaopatruje Billa Clintona, czytelnik "New York Timesa", wielbiciel twórczości Orwella i Hanny Arendt.
Jednym, tak jak punkowcom w 1991 roku, na myśl przywodzi Woody'ego Allena. Innym kojarzy się inaczej. W opozycji, choć sam wybrał sobie pseudonim Szaron (na cześć izraelskiego generała, późniejszego premiera), znajomi wołali na niego Kermit.
- Nie pamiętam, kto to wymyślił, ale ktoś zauważył, że jest łudząco podobny do jednego z bohaterów Muppet Show. Ksywka przyjęła się momentalnie - opowiada prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, który z rozrzewnieniem wspomina długie wieczory upływające na dyskusjach z Piniorem. - Dużo częściej niż o sprawach związkowych rozmawialiśmy o filozofii albo prowadziliśmy śmiertelnie poważne dywagacje na temat tego, jakiego koloru atramentu używać do pióra wiecznego, by podpis wyglądał elegancko. Bo Józio zawsze miał słabość do wiecznych piór.
Lata 80. upływają Piniorowi na działalności opozycyjnej. Nie knuje i nie konspiruje tylko wtedy, gdy akurat siedzi w więzieniu. A siedzi sporo. Pierwszy wyrok dostaje w kwietniu 1984 roku, kiedy od roku jest już za kratami. Dostaje cztery lata, ale wychodzi w lipcu na mocy ogłoszonej amnestii. Dwa tygodnie później znów trafia do aresztu za próbę zorganizowania wiecu w zajezdni na Grabiszyńskiej. Ostatni wyrok dostaje w październiku 1988 roku nie za działalność wywrotową, tylko za stawianie czynnego oporu.
- Podczas próby zorganizowania strajku w Dolmelu doszło do szarpaniny ze strażą zakładową i jeden ze strażników złamał rękę - wspomina. Już siedząc w więzieniu, dowiaduje się o planowanych rozmowach Wałęsy z Kiszczakiem. - Ani przez moment nie pomyślałem, że to jakaś forma układania się z władzą. W Lecha wierzyłem zawsze - podkreśla.
W więzieniu, które dla wielu opozycjonistów jest życiową traumą, Pinior radzi sobie nieźle. To efekt sławy, która spłynęła na niego po słynnej akcji wyprowadzenia z banku w grudniu 1981 roku 80 mln zł należących do dolnośląskiej Solidarności.
Pinior: - Posadzili mnie w celi z recydywistą skazanym na 25 lat, grypsującym, w randze generała. Kiedy mnie zobaczył, spytał tylko: "To ty od tych 80 mln? U mnie startujesz od pułkownika". Więzienie przetrwałem dzięki niemu. Miałem luz. Kiedyś powiedział do mnie tak: "Ty jesteś może prawnik, ale jak chcesz tu przetrwać, to wbij sobie do głowy, że to jest teraz twój dom. Nie więzienie, tylko twój dom".
- Józek był mózgiem tej operacji, po której jego autorytet jeszcze wzrósł - wspomina Stanisław Huskowski, ówczesny współpracownik z podziemia, a dziś konkurent w wyborach startujący z listy PO. - Już wtedy był to uroczy człowiek: mówiący z pewną flegmą, angielską manierą. Nosząc kraciaste marynarki, kojarzył się bardziej z Watsonem, towarzyszem Sherlocka Holmesa, niż z działaczem robotniczym.
Historia 80 mln niebawem stanie się kanwą filmu, który kręci Waldemar Krzystek. Tak widzi Piniora Krzysztof Kopka, autor scenariusza: - Malkontent, ciągle marudzi, nieustannie sprowadza na ziemię swoich rewolucyjnie nastrojonych kolegów. Jest realistą do bólu. Nie wierzy, że "jest nas 10 mln i zgnieciemy czerwonego".
Być jak Joshka Fisher
W przeciwieństwie do statecznego Piniora Radosław Gawlik, mimo swoich 52 lat, wciąż tryska energią i kojarzy się raczej z wiecznym chłopcem niż byłym ministrem. Miłośnik starego rocka (Wishbone Ash, Jethro Tull i Pink Floyd) wciąż wierny pozostaje ideałom sprzed lat. Szczególnie tym ekologicznym.
Dom, w którym mieszka, zbudował z gliny, zaopatrzył w kolektor słoneczny i w zielony dach z trawą na garażu. Ogrzewa go paliwem odnawialnym i zbudował przy nim trzcinową oczyszczalnię ścieków. Od 1989 roku zadeklarowany wegetarianin, choć akurat od tej reguły zdarzają mu się odstępstwa, czego świadkiem był autor artykułu. Kiedy w 2001 roku kolejny raz walczył o mandat posła - wtedy już z listy Unii Wolności - na jednym z przyjęć podano schabowe. Nie protestował - grzecznie złapał nóż i widelec, i zjadł.
Gawlik: - Mój przyjaciel z Pragi, czeski buddysta, który zjadł mięso na jakiejś proszonej kolacji, tak mi to wytłumaczył: "Jeśli uznasz, że więcej szkody wyrządzisz np. przez obrazę gospodarza, lepiej poluźnić w tym momencie gorset swoich zasad, w tym przypadku wegetarianizmu".
Wierność zasadom to dla Gawlika również wierność bohaterom młodości, a tymi są dla niego Joshka Fisher, Gandhi i Martin Luter King. Po latach dołącza jeszcze byłego wiceprezydenta USA Ala Gore'a i ekologiczną noblistkę z Kenii Wangari Maathai. Ale, jak podkreślają znajomi, na pierwszym miejscu jest Fisher - przywódca niemieckiej rewolty w 1968 roku, później wicekanclerz Niemiec z ramienia partii Zielonych.
- Joshka to legenda, skuteczny działacz i polityk patrzący daleko naprzód, nie tylko na koniec kadencji Bundestagu i populistyczne przypodobywanie się wyborcom i swoim kolegom - wyjaśnia Gawlik. - Pamiętam, jak walczył o zmianę stosunku Zielonych do interwencji NATO w Bośni. Był niemal sam przeciwko całej swojej pacyfistycznej frakcji w Bundestagu.
Znajomy Gawlika z opozycji: - Zawsze rzetelny, pracowity i racjonalny, pomimo swojej przeszłości świetnie odnalazł się w sejmowej, a potem rządowej rzeczywistości. Pamiętam, że już po wyborach w 1989 roku WiP zaczął mu się kojarzyć trochę z dziecinadą.
W 1997 roku zostaje wiceministrem środowiska w rządzie Jerzego Buzka, ale o mało co nie traci swojego stanowiska. Podpada koalicjantom z AWS, kiedy z grupą posłów UW sprzeciwia się zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej.
- Trafiłem wtedy na dywanik do Buzka, ale był to grzeczny dywanik, bo nasz premier był profesorem i miał klasę - opowiada. O odwołanie go ze stanowiska wiceministra apelowała wtedy część posłów ZChN, m.in. znani dziś doskonale Kazimierz Marcinkiewicz, Michał Kamiński czy obecny szef CBA Mariusz Kamiński.
- Na premiera cisnęła się wtedy frakcja patriarchów z AWS troszczących się o morale - śmieje się Gawlik.
Dwóch kandydatów z laurki
Pinior i Gawlik mają jedną wspólna cechę: trudno znaleźć kogoś, kto wyrażałby się o nich źle.
- Józef ma jedną wadę. Jest bardzo, bardzo skromny. Trudno znaleźć w Parlamencie Europejskim bardziej pracowitego deputowanego, na dodatek tak bardzo przekonanego o słuszności własnych działań - zachwyca się prof. Genowefa Grabowska, europosłanka ze Śląska. - Jedna rzecz: nie lubi rano wstawać. Za to często można go spotkać w PE o drugiej w nocy, kiedy ślęczy nad przemówieniem. Kiedyś trzeba to odespać.
Pracowitość to również cecha, która powtarza się relacjach dawnych i obecnych znajomych Radosława Gawlika. Jak twierdzi jeden z byłych współpracowników z opozycji, "zdaje sobie sprawę z własnych ograniczeń, ale swoje możliwości wykorzystuje na 120 procent".
- Niestety, nikt niczego złego o nim nie powie - zastrzega Wiesław Mielcarski, kolega z lat 80. - To brzmi jak laurka, ale on taki był i jest: odważny, przyjacielski i pracowity.
Nie wiadomo tylko, czy te cechy wystarczą obu kandydatom, by w niedzielę wywalczyć mandat eurodeputowanego?
źródło: Gazeta Wyborcza
|
|
|
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
|
|
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.
Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.
Brak ocen.
|
|